O ginącym dopełniaczu

Dawno, dawno temu w bardzo małej miejscowości był sobie sklep spożywczy. Do sklepu przychodziła mała dziewczynka, robiła zakupy u bardzo miłej pani Frani. Dziewczynka lubiła panią Franię, śmieszyło ją tylko trochę, gdy pani Frania zamawiała pieczywo u dostawcy z piekarni, mówiąc: „No to na jutro 10 chleby poproszę.” No ale to było w małym sklepie, w małej miejscowości dawno, dawno temu…

I okazało się, że pani Frania przeciera szlaki językowej rzeczywistości XXI wieku! Dopełniacz ginie. Pani w reklamie umie korzystać z tabletu i kupować w internecie, gdy wyzwania matki zaczynają ją przerastać: „Potrzebuję spacerówki albo chociaż wygodne nosidełko!” – woła. Za dużo ma jednak na głowie, żeby myśleć o dopełniaczu.
Po pierwsze mamy tu przykład niekonsekwencji. Spacerówce udało się jakoś dokleić końcówkę dopełniacza, ale nosidełku już nie.

Po kolei: Potrzebuję-kogo? czego? -spacerówki, a nie kogo? co? (biernik) „spacerówkę”
Analogicznie: potrzebuję -kogo? czego? – nosidełka, a nie kogo? co? „nosidełko”

Biernik coraz częściej wypiera dopełniacz, chyba dlatego, że mniej się musimy nakombinować z końcówką.
Problem z dopełniaczem ma stale bohater jednego z programów dla dzieci, Detektyw Łodyga. Najczęściej wtedy, kiedy wymienia elementy potrzebne do przeprowadzenia swoich eksperymentów. Gdy się czegoś potrzebuje, to przed wszystkim w dopełniaczu,
a więc nie potrzebuje się:
„korek”, tylko-kogo? czego?-korka
„ołówek”, tylko-kogo? czego?-ołówka
„kartkę”, tylko – kogo? czego? – kartki.
Dopełniacza nie lubią jednak osoby występujące w mediach, gazety, wszystko to, co wpływa na nasze zwyczaje językowe. Może, zgodnie z powiedzeniem, że trzeba zacząć zawsze porządki od własnego podwórka, sami zaczniemy we własnym codziennym języku chronić dopełniacz przed zanikiem, skoro już go ktoś kiedyś powołał do życia?

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.